Æ (alta_voce) wrote,
Æ
alta_voce

Виа-2




Wstęp
Via Fati - Droga Losu (my nie skłaniamy się do traktowania na serio tłumaczenia typu " droga fatum" bądź "droga przeznaczenia") dawno stała się jednym z mitów naszych czasów. Między innymi, nasze próby odnalezienia jakiejkolwiek szczegółowej i uniwersalnej pracy naukowej odnośnie historii drogi i wyspy S. Prowidencja od pierwszego wspomnienia w źródłach pisemnych i do naszych czasów zakończyły się wbrew oczekiwaniom nieszczęśliwie. Głębsze badania i narady z wielu specjalistami doprowadziły do niezbyt pocieszających wniosków: wskazanej pracy, niestety, nie ma i nigdy nie było. Badacze, którzy się podejmowali tego tematu, napotykają rozmaite jak naturalne, tak i sztuczne przeszkody i dość szybko pogrążają się w drugorzędnych szczegółach typu: okresy starożytnej historii Wyspy, jej współczesny ustrój polityczny albo któryś z masy aspektów mistycznego sensu Drogi, i wyniki takich właśnie rozważań, niestety, trudno określić jako zadowalające.
Cieszymy się nadzieją, iż poniższe zapiski chociażby w minimalnym stopniu pomogą wypełnić tę przykrą lukę. Ponieważ nas interesuje bardziej sens rzeczowy, niż wyniosłość i priorytety, my skłaniamy się do unikania bezpośredniego odwoływania się do aktualnie żyjących autorów, a także męczących archiwalnych przeliczeń. Jak najmniej też zamierzamy poddawać się pokusie demonów naukopodobieństwa na szkodę jasności i subiektywności opowiadania.

1. Ogniogłowy Arystarch

Pod koniec pierwszego roku Olimpiady, według relacji Pauzaniasza (10, 5, 3) "mąż młody i ogniogłowy" o imieniu Arystarch, po przegraniu starcia za władzę na Korkyrze, musiał uciekać z tej kwitnącej wyspy. W towarzystwie kilkudziesięciu sprzymierzeńców, w nocy on zajął wspaniały nowiuteńki, naładowany winem i ziarnem statek towarowy, zepchnąwszy do wody śpiących straży. Zanim ci, plując się, dotarli do brzegu i, rzucając przekleństwami, obudzili właściciela okrętu, a po nim i innych mieszkańców kolonii, uciekinierzy zdążyli już wyjść w morze otwarte.
Przyczyną tak nieostrożnego zachowania młodych ludzi, które zaowocowało wieloma nieszczęściami, Pauzaniasz nazywa orakuł, otrzymany przez ojca Arystarcha zaraz po narodzinach syna. Ojciec naszego bohatera, człowiek już niemłody, był tak bardzo przejęty przepowiednią, że postanowił nie ogłaszać jej w obawach o los nowonarodzonego syna. Korkyriacy w tamtych czasach pamiętali jeszcze, jak straszne nieszczęścia mogą spotkać ludzi, powstających przeciwko istniejącemu porządkowi rzeczy (Gerodot III, 48). Dopiero na łożu śmierci, proszę zauważyć, że ojciec Arystarcha dożył czcigodnego wieku, i Arystarch był jego jedynym synem, starzec odważył się zdradzić tajemnicę. Złowieszcza retra głosiła:
Chłopiec, narodzony teraz, nigdy nie opuści tej wyspy,
Być na której królem bogiowie przeznaczają mu.
Po opłakaniu ojca, on został sierotą, ponieważ matka jego zmarła dużo wcześniej, i dziedzicem sporego majątku. Arystarch zaczął się zastanawiać nad sensem przepowiedni. Nic, oprócz tego, że on zostanie królem na Korkyrze i z jakichś przyczyn nigdy nie wyjedzie z wyspy, nie przychodziło mu do głowy. On podzielił się swoimi wątpliwościami z kilkoma kolegami i spotkał niespodziewane współczucie, a sen, który mu się przyśnił ostatniej nocy żałoby po ojcu, był odebrany przez niego jako proroczy i umocnił jego decyzję o zdobyciu władzy na Korkyrze i ogłoszeniu siebie nie tyranem, lecz prawowitym królem.
W tym śnie chłopakowi objawiła się patronka Korkyry, boska Artemida, która odkryła mu jeszcze jedną tajemnicę - tajemnicę jego królewskiego pochodzenia - i, potwierdzając wyrocznię orakuła, powołała go ku zdecydowanym ruchom. Wszyscy wiedzą, że ostatni i dość długi pobyt Odysseusza przed powrotem na Itakę odbył się mianowicie na Korkyrze, którą w czasach iliońskich nieporozumień mianowano Drepaną (Apolloniusz Rodoski, Argonautyka, IV, 989). Mimo że królewska córka Nausyka wyróżniała się bezgranicznymi cnotami, na Drepanie pod dostatkiem było i mniej cnotliwych panien. A teraz, po śmierci ojca, Arystarch był na wyspie jedynym, niech nawet i nie do końca prawowitym, potomkiem rodu królewskiego, czyli, też nieśmiertelnych bogów. Właśnie tego dowiedział się młodzieniec z wonnych cnotliwych ust.
Po tym jak Arystarch opowiedział o swoim marzeniu sennym kolegom, ci dowiedziawszy się o jego tak wyjątkowym pochodzeniu, padli przed nim na kolana; ilość zwolenników rosła każdego dnia, i wkrótce najgłupsze z nich zaczęli otwarcie nazywać swego wodza prawowitym królem Korkyry. Czym się skończyła próba przejęcia władzy, my już wiemy, i teraz, po opuszczeniu Korkyry, żeby być może nigdy więcej do niej nie wrócić, rzućmy okiem w pogoni za naszymi uciekinierami, na ciemne morze i przysłuchajmy się nocnemu pluskaniu jońskich wód.
Ucieczka się udała. Morze było spokojne, wioślarze - młodzi i odważni, ewentualność śmiertelnego niebezpieczeństwa dodawała im sił. Jeszcze przedtem jak oszukani koloniści wyszykowali inny statek, skradziony okręt był już nieosiągalny dla żadnej pogoni.
Podążając za Pauzaniaszem, my możemy tylko przypuszczać, gdzie się kierowali Arystarch i jego towarzysze. Całkiem możliwe, że ich celem była Apollonia Sekilska - kwitnąca kolonia Korkyry, ponieważ któryś z młodych ludzi mógł mieć tam rodzinę bądź majątek. Ale plany się nie powiodły. Lekkomyślny Hermes, tak życzliwy w stosunku do młodych wygnańców w czasie nocnej ucieczki i kradzieży statku, teraz, kiedy bezpośrednie niebezpieczeństwo już minęło, tak jakby, odwrócił od nich przebiegłe boskie spojrzenie. Po szczęśliwym okrążeniu Wielkiej Grecji, uciekinierzy mieli pecha trafić w opały do wszechmogącego Posejdona, i w Tyrreńskim morzu dopadła ich straszliwa burza. Wiele dni i nocy nosiło statek po gotujących się przez gniew boski falach, wszystkie wzniesione modły okazały się bezskuteczne, i doprowadzone przez nędzę do kresu sił żeglarze, zdaje się, stracili już ostatnią nadzieję.
Arystarch, tak naprawdę, sam miał już wątpliwości co do swego boskiego pochodzenia, jak i praw do jakiegokolwiek tronu, biorąc orakuł za bezsensowny bełkot odurzonej pifii, a nocne objawienie Artemidy - za zwyczajne senne brednie. Jego towarzysze, oczywiście, wydali odgłosy szemrania: "Jak że Ty, królu, mogłeś zostawić swoją wyspę?", - a niektórzy z bardziej zdesperowanych młodych ludzi stanowczo nalegali wyrzucić Arystarcha za burtę i tym właśnie załagodzić gniew Posejdona. Ale, Arystarch, młodzieniec niegłupi, powiedział towarzyszom: "Czy wy zapomnieliście, jak Posejdon prześladował Autolikowa wnuka? Jednak tamten zginął wcale nie na morzu. Spróbujcie, rzućcie mnie za burtę a dopiero zobaczycie, co się z wami stanie." Przerażająca błyskawica, wraz z ogłuszającym hukiem grzmotu, oświeciła niebo w momencie, gdy Arystarch kończył swoją krótką przemowę, i ręce byłych przyjaciół, wzniesione już, żeby rzucić go za burtę, z rezygnacją, opadły. "Zeusie Wszechmogący!" – zawołali nieszczęśliwcy, a Arystarch ciągnął dalej: "Poza tym, orakuł chyba nie wyznacza imienia wyspy, na której miałem być królem". Tak prosta myśl jak dotąd nie przyszła nikomu do głowy, i szemrający, po chwili zastanowienia, pogodzili się z losem, zaczęli żarliwie wznosić nowe modlitwy i pogryzać surowe ziarna, popijając je młodym winem, rozcieńczonym woda morską według rodoskiego obyczaju.
Jednakże, tak jak to się zdarzyło wcześniej niejednokrotnie, wielki Posejdon rzeczywiście gotów był już zmienić gniew na miłość i na znak tego rzucił podniszczony juz statek na przybrzeżne skały pogrążonej w nocnych ciemnościach wyspy.
Arystarch i jego towarzysze, których na chwilę katastrofy ocalało nie więcej, niż trzydziestu, ledwie dotarłszy do lądu, śpiesznie złożyli ołtarz ofiarny dla Posejdona z kilku przybrzeżnych kamieni, ponieważ burza trwała nadal, i straszliwe fale zalewały brzeg, grożąc zmyciem nieszczęsnych ze śliskich skał wyspy.
Brak barana, byka i wieprza na świeżo wybudowanym ołtarzu można było darować, i burza natychmiast ucichła. Słońce beztrosko zaświeciło nad wyspą, i nawet zmęczenie uciekinierów tak jakby zniknęło bez śladu. Naszym bohaterom nie pozostawało nic, jak tylko jeszcze raz wznieść modlitwy dziękczynne całemu poczetowi Olimpu i w szczególności Posejdonowi i wyruszyć na zwiedzanie wyspy. Teraz Pauzaniasz, dając do zrozumienia, w jaki sposób powinien się spełnić orakuł, wręczony ojcu Arystarcha, gotów, zdaje się zamilknąć i zostawić nas na kamienistej oddalonej wyspie z grupką wycieńczonych żeglarzy, tak i nie odkrywszy czytelnikowi, czy domyślili się młodzi korkyriacy, że, przywoływani przez żywioł, oni w zamieszaniu przeskoczyli przez Słupy Herkulesa, i co oznacza dziwny epitet "ogniogłowy" (....po-grecku), którym określa swego bohatera ten nie skłonny do beletrystycznego przepychu autor.
Anonimowy autor VI w., używający łaciny, przeczy Pauzaniaszowi niesłusznie kojarzony niektórymi badaczami z Izydorem Sewilskim, widzi we wszystkim, co się wydarzyło, wpływ kobiecego uroku. Niejaki Arystarch, według niego, ukrywał się przed groźnym ojcem skradzionej niewiasty i musiał uciekać z Masylii, popadł pod władzę żywiołów i, płynąc statkiem, rozbił się o skały nieznanej wyspy. Opowiadanie tę niesie tak neutralny charakter, że większość badaczy skłania się do tego, żeby uważać ten dokument za w miarę udaną podróbkę i przypisują fałszywkę oficjalnym historykom republiki S. Prowidencja. Ostatnia wersja nie jest bezpodstawna: dla wyspy było by zaszczytem , jeżeli by nie tylko jej pierwszy król, ale i pierwsza królowa pochodzili z bogatych i majestatycznych helleńskich rodzin. Dlaczego, właśnie, rodzicom tajemniczej niewiasty nie życzyć córce takiego męża, jak Arystarch - człowieka dostojnego pochodzenia, przystojnego i zamożnego? Wytłumaczyć to można tylko w taki sposób: albo ród panny był bardziej bogatym i majestatycznym, niż ród Arystarcha, albo wina za tę nieporozumienie leży po stronie jakiegoś niepotrzebnie zapytanego orakuła, albo dlatego że rodzina panny młodej była w konflikcie z rodziną Arystarcha. Z tych, czy podobnych do tych wyjaśnień, prawie na pewno można wywnioskować iż panna młoda w całe nie była plebejką. Poza tym, w rozpatrywanej wersji w żaden sposób się nie wspomina o buncie na Korkyrze, co też jest dość na rękę prowidenckim historykom. Jednak że, wspomniany dokument znany jest co najmniej z XVII w., kiedy oficjalna historiografia republiki S. Prowidencja przebywała w młodzieńczym niedoświadczonym wieku.
Czy istniała naprawdę piękna skradziona panna młoda, czy ocalała ona w czasie burzy i zagłady statku, i czy były w ogóle zamieszane w tę historię jakiekolwiek kobiety, do tej pory pozostaje tajemnicą.
Niektórzy z późniejszych badaczy łączą obie opisane wyżej wersje, dodając, że ów Arystarch, nie wykluczone, prawdziwy ryzykant, mógł najpierw urządzić bunt na Korkyrze, po poniesieniu klęski uciec ze swoimi sprzymierzeńcami na skradzionym statku, wysadzić się w Masylii, poswatać do pięknej kolonistki, zostać odrzuconym przez jej rodziców, wykraść pannę, znów uciec i dopiero po tym wszystkim poprzez brak sprzyjania ze strony Posejdona, być może mającego swoje plany co do panny młodej, trafić w burzę i, w reszcie reszt, ponieść zagładę w pobliżu brzegów nieznanej wyspy.
Oficjalna historiografia republiki S. Prowidencja, w dbałości o pokojową tradycję wyspy, zaprzecza jak odbyciu się buntu na Korkyrze, powołując się na brak jakichkolwiek, innych niż wskazane, źródeł, tak i miłosnemu tłu wysiadki greków na wyspie, potwierdzając jednak fakty katastrofy statku i korkyryjskiego pochodzenia kolonistów. Arystarch i tutaj nazywany jest ogniogłowym (fireheaded) i dziwny epitet ten w żaden sposób się nie komentuje. Czy mogą kroniki Korkyry przemilczeć o tak ważnym wydarzeniu, pytają historycy Prowidencji, jak takie, w którym chodziło by o to, że wyspę w jednej chwili opuścili wszyscy szlachetni młodzieńcy? Podróżnych było około dwudziestu, jak twierdzą miejscowi historycy, i wszyscy oni szczęśliwie dotarli do ziemi nieznanej, a podróż raczej miała cele naukowe i handlowe.
Oficjalni historycy wyspy, tak jak historycy na całym świecie, widzą tylko to, czego nie zauważyć się nie da. Posąg ogniogłowego Arystarcha, prezentujący się w całej okazałości niedaleko od Posejdonijskiego Portu, z pozłacaną według tradycji czubkiem głowy produkowany jest w masowych nakładach. Ale według wielu świadectw, wcześniej posąg miał pozłacane nie tylko loki, ale całą głowę. Władze wyspy w żaden sposób nie komentują tej niezgodności, zamieniając w ten sposób sens jedynego w swoim rodzaju epitetu na tandetny kuaferny atrybut.
Arystarch był ogniowłosym, jak powiada tradycja wyspy. To niebezpośrednio świadczy o tym, że on, możliwe, miał jakieś podstawy ku temu, żeby ogłosić siebie potomkiem ognistorudego króla Itaki. Przypomnijmy, że narodziny dziecka w rodzinie książęcej na Prowidencji (trzeba podkreślić, że prawowite potomkowie Arystarcha i dopiero im był przydzielony tytuł książęcy) świętuje się szczególnie uroczyście, jeżeli noworodek jest rudowłosy, ponieważ jest to uważane za objaw czystości krwi szlacheckiej i słuszności roszczeń rodu na bezpośrednie pochodzenie od Arystarcha. Natomiast, jeżeli rudowłosy potomek rodzi się w plebejskiej rodzinie, to, najczęściej, dobrodusznie chichocząc, tłumaczą to lekkomyślnością którejś z prababek, nie pozostawiając zresztą ten fakt niezauważonym, bo, według mędrców z wyspy, Arystarch też nie mógł się pochwalić pochodzeniem od Telemacha, a i sam przemyślny król Itaki był synem wcale nie przyzwoitego Laerta, tylko łotrzyka Syzyfa.
Więc, pierwsze i główne tłumaczenie dziwnego epitetu "ogniogłowy", dyskretnie wspierane historyczną tradycją wyspy, mówi o tym, że Arystarch był po prostu rudowłosym, wyrażając się bardziej ostro i poetycko - ognistowłosym, lecz półdzicy i zmieszani z barbarzyńcami potomkowie wygnańców z Korkyry mogli zamienić epitet "ogniowłosy" na "ogniogłowy" chociaż by dlatego, że już słabo władali helleńskim dialektem. Czyli, epitet "ogniogłowy" - jest tylko filologicznym nieporozumieniem, który siłą kaprysu historii powszechnie rozprzestrzenił się i stał na tyle zwyczajnym, że nawet Pauzaniasz nie uważał, że istnieje jakakolwiek potrzeba komentowania go.
Arystarch może i był rudowłosy, z oporem zgadzają się oponenci. Jednak, ogniogłowym on był przezwany wcale nie przez to, tylko za swój pociąg do kultów, czczących ogień, uparcie przenikających do Śródziemnomorskich obszarów w połowie pierwszego tysiąclecia przed n. e. Ucieczka z Korkyry tłumaczy się niepowodzeniem próby reformacji religijnej, która miała na celu zabrać Artemidzie sympatię ze strony korkyryjczyków. Rzeczywiście, na Posejdonii nie znaleziono żadnych śladów co do przewagi czci Artemidy, mimo że mianowicie Artemida objawiała się Arystarchowi w jego proroczym śnie. Jednak ostatni fakt może być następstwem tego , iż koloniści odbierali jak straszne nieszczęście swoje odnalezienie się na skraju ziemi, za jaki w tamtych czasach, niewątpliwie, była uważana Posejdonia.
Niektórzy badacze posuwają się jeszcze dalej i mianują Arystarcha nie zoroastryjskim prozelitą, ponieważ zoroastryzm, wiadomo, nie przyznaje prozelityzmu, tylko po prostu szpiegiem perskim. Rzeczywiście wpływowość Persji na Korkyrze była niespodziewanie silna. Nieprzypadkowo przez kilkadziesiąt lat po opisywanych dziejach Korkyra nie spieszyła się z dołączeniem do ogólnie-helleńskiego anty-perskiego związku. Jednak wersja zoroastrysmu zostaje tylko wersją i , niestety dla jej autorów wersją niedostatecznie uzasadnioną.
Niemała część badaczy wiąże pochodzenie dziwnego epitetu z nie ujarzmionym temperamentem pierwszego króla Posejdonii, nawiązując do buntu na Korkyrze, i wykradzenia statku, a także massylskie bezprawie i anarchię.
Wersja wydaje się prawdopodobną, ale nie można się nie zgodzić z jej przeciwnikami, wśród których występują przede wszystkim oficjalni historycy wyspy S. Prowidencja, odnośnie: jeżeli Arystarch i był skończonym lekkoduchem, to lekkoduchem, bynajmniej, dość humanistycznym. Przypomnijmy, jak zajmując statek, Arystarch tylko wyrzucił straży za burtę, mimo że przecież mógł im załatwić audiencję u Hadesa, a nie u Posejdona i tym właśnie nie dopuścić szumu na Korkyrze i logicznie następującej po tym szumie pogoni.
Dla tych, komu wyżej przedstawione wersje wydaja się zbyt mdłe, proponujemy jeszcze jedna, ostatnią. Przypomnijmy promienną twarz Mojżesza (Finał 34, 29-30), wspomnijmy płonącą głowę chłopca-niewolnika Serwiusza Tuliusza przy dworze Tarkwiniusza Starego (Tytus Liwiusz, Historia założenia Rzymu, I, 39), wspomnijmy światło, wychodzące od głowy świętego Symeona Słupnika, z tym że, niestety, dopiero po śmierci świętego. Coś podobnego mogło się stać i z naszym bohaterem w momencie, kiedy on opowiadał kolegom o swoim boskim pochodzeniu, albo na statku w czasie burzy, kiedy on cudem nie stał się ofiarą swoich zdesperowanych towarzyszy, albo, w końcu, w momencie, kiedy w towarzystwie wycieńczonych głodem i zmęczeniem uciekinierów on po raz pierwszy stąpił na nieznaną wyspę i zetknął się z półdzikimi barbarzyńcami - w przyszłości swoimi poddanymi, tak że ani helleni, ani barbarzyńcy nie mieli najmniejszych wątpliwości na temat tego, kto ma zostać królem na wyspie.
Wielu się nie zgodzi z tym, że wspomniane wyżej fenomeny były zaobserwowane wśród nadzwyczajnie ważnych person w nadzwyczajnie ważnych dla całej ludzkości momentach. Ale my opowiadamy o samozwanym monarsze nieszczęsnego i bezpłodnego, zatraconego w oceanie kawałka ziemi. Jednak że, punkt widzenia na to, co ważne, a co - nie, nie raz w ogóle nie ma nic wspólnego z punktem widzenia śmiertelników.
Subscribe

  • Nora m’a donné cette peluche. What is this stupid thing: Nie chcę pzejść do innego ciała. Was ist passiert hier? Ich hab’…

  • (no subject)

    Прародительница Е. (латынь) плодит только девочек. Разлетаются, косы струятся по ветру. Женихи из соседних (отчасти) племен Неприветливы,…

  • (no subject)

    Глядишь на страницу (эллинские буквы свободны от диакритики) С почтительной надеждой, ожидая (воз)рождения мира новой/старой гармонии, Не без…

  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your reply will be screened

    Your IP address will be recorded 

  • 0 comments