Æ (alta_voce) wrote,
Æ
alta_voce

семейная литература

Семейная тема отзывается под конец года особенно мощным и затяжным аккордом, за которым явно грянет еще и финальный хор. К чему? Не знаю.

Сейчас на меня падают в изобилии тексты, сотворенные родственниками. Какие-то из них скорее огорчают.
По-настоящему радует только вот это.



Сестричка молодец. Перехватила мой ритм как родной.


Cześć III. Prowidencjalne tułanie się.
O muzy, wy otwórzcie usta me
I jońskiej mnie nauczcie pieśni.
Arystofan
Rozdział 1. Dolly i Karolina
Termin się zbliżał. Na procedurę mianowaną przerejestrowaniem, ja zabrałem ze sobą Korę. Brzydka żółtawa karta-zaproszenie zawierała wcale nie ten adres, gdzie ja się zgłaszałem około pięciu lat temu. "W razie nie stawiania się w przeciągu miesiąca Państwa kolejka przepada" - groziły niewyraźne litery. Osobom ze słabą pamięcią, ciężko chorym, a także takim, które są w trakcie podróży dookoła świata wstęp na Drogę jest zakazany, ja uśmiechnąłem się do nieprzekupnej kartki.
Wszystkie drogi są iluzornе
A ta - bardziej niż inne
Ruch jest niemożliwy,
Stoimy w miejscu,
Oddzieleni od świata
Szmaragdową skorupą
Własnych niedoskonałości.
Czy nie zapisać w testamencie ten napad poetyckiego sceptycyzmu młodemu geniuszowi, niech wyda to pod swoim nazwiskiem, zdaje się, że on ostatnio ma problemy z tym, co on myli z natchnieniem. Tymczasem, czas naprawdę nadchodzi...
Lekko po dziesiątej rano - o niewyobrażalnie wczesnej dla mnie porze, nadającej wszystkiemu posmak wczorajszego weselnego ciasta, ale przepowiadającej ciepły dojrzały czerwcowy dzień - Kora zatrzymała samochód przed dużym ładnym domem w stylu Art nouveau . "To chyba tutaj", - powiedziała ona, gasząc silnik. Ja rzadko bywałem w takich dzielnicach, dla mnie, typowego urbanisty, one się wydawały obrzeżami, a ja wolałem nie opuszczać granic odnawianych przez wyobraźnię miejskich murów.
Poprzedzając się uwerturą rozkwitających lip, po obu stronach ulicy stały niezgrabne budynki, jakieś sto lat temu mające pewnie reputację pozamiejskich. Dom, na który wskazywała Kora, wyglądał jak zwyczajny stateczny mieszkalny dom, chociaż na pewno w nim mieszkali i studenci, przemieniający duże mieszkania, które ich właściciele nie mieli czasu wyremontować, żeby potem wynajmować spokojnym niebogatym rodzinom, w małe wesołe komuny. Rzędy masek, gdzie niegdzie pozłacanych, przemierzały się wspaniałymi liśćmi, ciągnęły się po fryzie. Ledwie oznaczone kolumny ożywiały srebrzystoszary relief ściany, i jeszcze kilka masek, nie mieszczących się na fryzie, były porozrzucane miedzy nimi. Ja lubiłem ten umiarkowany przepych, bez którego budowla staje się niegodnym na tytułowanie się domem pudłem. "Przedtem oni mieli siedzibę w wieżowcu", - rzuciłem Korze i zacząłem wysiadać z samochodu: prawy pantofel, lewy pantofel, potem - kolana, schyliłem się - głowa. Pasmo włosów opadło na oczy - jestem zmuszony nosić dość długą fryzurę, praktyczny jeżyk stał się tandetą przez barmanów, sportowców i proletariuszy, zresztą tandetą stały się wszystkie istniejące w świecie fryzury, - no ile, tak naprawdę można naliczyć sposobów obcinania włosów? Ja potrząsnąłem głową, rozprostowałem ramiona i pokroczyłem przez chodnik do srebrzystego domu, a maski spoglądały na mnie ze zdumieniem, powiększając się i uwypuklając.
Żadnego szyldu na domu nie było. Czyściutka staruszka z laską, wychodząca z klatki, zastygła na ganku, zbierając się na siłach żeby znów pokonać, tak jak i dziewięćdziesiąt lat temu, teraz już nie do przebrnięcia, składające się z dwóch stopni schody. Imię jednego schodka - młodość, drugiego - dojrzałość. Z młodzieńczą dociekliwością staruszka potrafiła czerpać korzyści z przymusowego przystanku i zdążyła rzucić na mnie bardzo podejrzliwe spojrzenie. Z uprzejmym ukłonem ja podałem jej rękę, pomagając jej podołać dwóch węży, trzymających w paszczach końce własnych ogonów, którymi okazały się schody. Staruszka zamieniła gniew na litość, uśmiechnęła się antykwarnie porcelanowym uśmiechem i oddaliła z prędkością motyla. Ja wziąłem się za studiowanie napisów przy dzwonkach: Pan, Pani, doktor, rodzina, jeszcze rodzina, doradca podatkowy. Czy dobrze trafiliśmy? Ale nie, oto i tautologicznie fatalne FWA, byle jak nabazgrane na skrawku papieru, który prawie się odkleił od dzwonka. Jeżeli by karteczka zdążyła odpaść przed naszym przybyciem, można by było pomyśleć, że pomyliliśmy adres i pojechalibyśmy sobie, odbierając wszystko co się zdarzyło wcześniej za złożone złudzenie. Przecież nie mogłem odważyć się na zadawanie staruszkom pytań, ryzykujących otwarcie porcelanowo koronkowych, pokolorowanych przez cienie aniołów okręgi, które były już nie wężami, tylko obręczami serso, które się pogania za pomocą patyka-laseczki. Ja ruszyłem z powrotem do samochodu, ale Kora już wysiadała z niego, ponieważ zdążyła już określić według niedostępnych mi objawów, że przybyliśmy do odpowiedniego miejsca. Ciemnoszary, prawie czarny kostium, składający się z żakietu i spodni, znów nabrał "pionowej" godności. Kora wie, że istnieje jeden-jedyny znośny odcień ciemnoszarego koloru, zresztą, możliwe że ona potrafi rozróżnić mnóstwo niuansów tego grafitowo całościowego dla mnie tonu. (Zachowuję formułę chemiczną, ale nie właściwości i efekty wizualne, czy śmiał bym ja wyobrazić sobie Korę w brylantowo przezroczystym kostiumie?) Ja pchnąłem drzwi, na których zatrzymały się dwie fryzowe maski, żeliwne, i czarne ze wstydu za swój upadek, ale w dalszym ciągu jeszcze przynależne do trzeciego wymiaru, tymczasem ich mniej szczęśliwe koleżanki, zrzucone do tartaru płaszczyzny chodnika, tym wilgotnym irrealistycznym rankiem były zamiecione przez sennego dozorcę-cesarza i się rozpuściły w wieczności miejskich wysypisk.
Drzwi się nie poddawały. Przebiegła staruszka kazała im się zatrzasnąć i nie dopuścić do środka dobrze wychowanego Ali-Babę i jego zmotoryzowaną koleżankę. Kora stąpiła na ganek, ja nacisnąłem guzik dzwonka. "Tak", - zabrzmiał z głośnika domofonu bezosobowy głos z sekretariatu. "Na przerejestrowanie", - uroczyście oświadczyłem ja głośnikowi. "Trzecie piętro", - odpowiedział on i przeobraził się w ćwierkot drzwi, gotowych poddać się najlżejszemu naciskowi. Nas okrążył stęchławy duch jaskini-korytarza. Fundamentalnie uroczysta winda, jak widać, pozostawiona dla nas w spadku po staruszce, ciemniała za kratami.
-Spadek - to jest fatum, - usiłowałem zażartować ja i, po otwarciu drzwi kraty, a po nich drzwi windy, gestem zaprosiłem Korę do środka, przytrzymując oboje drzwi.
-Fatum - to jest spadek, - zgodziła się ona.
My weszliśmy do windy i zamknęli drzwi. Dama z turniurą i trenem i pan umiarkowanej budowy zmieściliby się, - wywnioskowałem ja, obejrzawszy przestrzeń, - ale dwie damy z turniurami - za nic. Ja nacisnąłem ebonitową trójkę. Winda się nie ruszyła. Ja powtórzyłem ruch, ale nowa próba okazała się tak samo bezskuteczna, jak i poprzednia. Próbowałem otworzyć drzwi, ale przez naciśnięcie guzika one się zablokowały i za nic nie chciała się otworzyć.
- Być może, to właśnie jest podróż? - zapytałem Korę.
- Nie, ja jeszcze nie zapłaciłam za przejazd, - bardzo poważnie odpowiedziała ona.
Nagle winda ciężko kwaknęła i posunęła się w górę. Po dotarciu do pierwszego piętra, ona się na chwilę zatrzymała, znów kwaknęła i znów posunęła się bez jakiegokolwiek wtrącania się z naszej strony.
- To są gierki staruszki, - pewnie oświadczyłem Korze, - ona nie chce, żeby wszystko wokół ruszało się szybciej, niż ona sama.
- Na pewno, - odezwała się Kora.
W końcu winda dotarła do trzeciego piętra i się zatrzymała. Ja z obawą wziąłem się za klamkę, ona łatwo się poddała, tak samo jak druga, zewnętrzna. Dwa korytarze rozchodziły się w przeciwnych kierunkach po obu stronach windy i wyrzekających się swojej marmurowej przeszłości schodów. Z trudem namacaliśmy włącznik i wstąpiliśmy do naruszonych ciemności lewego korytarza, przebadaliśmy go i nic nie znaleźliśmy. "Mogli by tabliczkę jakąś zawiesić", - ledwie wstrzymywałem się przed nie do końca cenzuralnym wyrażaniem się, czyli jednak wspomniałem diabła. Po przejściu drugiego korytarza, odnaleźliśmy na jednych z drzwi karteczkę - bliźniaczkę tamtej na dole, tak samo zagrożonej odpadnięciem.
-Ta ma większe szanse na ocalenie, - szepnąłem Korze, - ona jest zdana nie na zewnętrzne wiatry, lecz tylko na nierównomierny oddech wypróbywaczy losu.
Ja zapukałem do drzwi i spróbowałem je otworzyć. One się nie poddały, karteczka się odkleiła i przygotowała się do upadku. Ja złapałem ją w locie i zapytałem Korę:
- Czy ty masz może coś do klejenia?
- Próżnia, niestety, - odpowiedziała Kora.
Mnie się nie chciało wchodzić do tej instytucji z miną szkolarza-szkodnika, i ja już zamierzałem zaproponować Korze po cichutku uciec, ale ratujące przypadkowe emploi podpowiedziało mi genialne wyjście. Ja wyciągnąłem z kieszeni listek gumy do żucia, odwinąłem ją, papierek wsunąłem z powrotem do kieszeni, i pod oburzonym spojrzeniem Kory, wziąłem się za żucie swojej gumy z wielbłądzim wyrazem twarzy, która od razy stała się pyskiem. Ja ledwo zdążyłem przylepić rozmiękczoną gumą kartkę do drzwi, jak one się otworzyły, i duży kudłaty pies wybiegł wprost na nas.
- Jakże miłych oni mają asystentów, - powiedziała Kora i położyła rękę na połyskującą mądrą głowę, pies wdzięcznie potarł nią o jej rękę.
Biuro mieściło się w dawno nie remontowanym mieszkaniu, było zachowane nawet co nieco z niegdysiejszego umeblowania. W głębi korytarza widniały otwarte drzwi kuchni, przez które można było dostrzec kant przestarzałej kuchenki, kredens, który nie miał już szyb, naczyń i po części też prawa na mianowanie się kredensem. W dwóch metrach od nas, z innych uchylonych drzwi, ciągnęło wilgocią i widać było biały róg złowieszczo-ogromnej wanny. Parkiet był ciemny i wysłużony do granic możliwości, ze ścian zwisały żółtawe strzępy starych tapet.
- Fuj, Dolly, - powiedziała niewiadomo skąd przybyła puszysta blondynka i, z obrzydzeniem wzięła się za szeroką obrożę, żeby odciągnąć od nas psa.
- Ingrid? - wzdrygnąłem się i od razu pojąłem, że Ingrid jest już po czterdziestce, i ja nie słyszałem, żeby ona zwalniała się z Uniwersytetu, tym bardziej, że rysy nieznajomej były bardzo nieudaną, rozmytą interpretacją wyrazistych rys Ingrid.
- Nie, - odparła z potęgą blondynka, - pomylił się Pan, mam na imię Karolina.
Kora krzywo się uśmiechnęła na moją bezpośredniość i zwróciła się do Karoliny sama:
- To jeszcze i dziewczynka, - przyjaźnie mówiła Kora, kiwając na psa, - ale dlaczegoż - fuj?
- Przyzwoity pies nie powinien łasić się do obcych, - pouczającym tonem warknęła Karolina, - czy to Państwo w sprawie przerejestrowania?
- Tak jakby, - wzruszyłem ramionami, - a dlaczego, wybaczy mi Pani moją ciekawość, Państwo przeprowadziliście się z wieżowca? Czy może od niedawna Pani w tym biznesie i nie wie? Ja nie widziałem Panią wcześniej, - ja postanowiłem na wszelki wypadek zdemoralizować Karolinę, ale ona się okazała twardym orzechem do zgryzienia.
- Przeprowadziliśmy się niedawno,- przecedziła przez zęby, na których odbił się nie dodający jej uroku ślad od szminki, - klienci narzekali, że miejsce nie odpowiada duchowi przedsięwzięcia.
Pomyślałem, że sama Karolina jak najbardziej odpowiada duchowi przedsięwzięcia, i poprosiłem przystąpić do załatwienia sprawy.
- Ja się zajmuję tylko dokumentami, - powiedziała Karolina, odprowadzając nas do dawnej, jak można przypuścić, jadalni, - a potem - do szefa, na rozmowę kwalifikacyjną.
W ciemnym lakierowanym bufecie mieściły się grube modernowe segregatory z papierami, a na byłym stole obiadowym zamiast wazy do zupy albo chociaż by maszyny do pisania "Underwood", świecił szarością w miarę podstarzały komputer. Dolly cichutko weszła za nami do pokoju i położyła się w kącie, nie ustając rzucać na Korę czułe spojrzenia.
Karolina pacnęła się na ciemny fotel-tron, który ona w dalszym ciągu musiała dzielić z brodatym duchem patriarchy rodu z chochlą w ręku, przez co siedziało się jej niewygodnie, i ona bez przerwy się wierciła, przesuwając dorodnym zadem po gładkiej powierzchni siedzenia.
- Państwa numer? - wygruchała ona, klikając po klawiszach, nie podnosząc na nas wzroku i nie proponując usiąść.
- Nie mam pojęcia, - z zachwytem odpowiedziałem ja, - być może, wystarczy imię?
- Czy macie Państwo zaproszenie? - nie dała się sprowokować Karolina.
Ja pogrzebałem w kieszeniach i, odnalazłem, na przekór własnym oczekiwaniom, wymiętą pocztówkę, uroczyście wręczyłem ją Karolinie, która, ze wstrętem wzięła swoje, najprawdopodobniej, dzieło, krótkowzrocznie wpatrując się w nie i, dostrzegłszy szalenie-niezbędny-numer, zaczęła wklepywać go na klawiaturze.
- Pan Waldemar Fuks?- z niedowierzaniem zapytała Karolina, czytając z monitora, - sześćdziesięsiojednoletni? Proszę o przepis na eliksir młodości.
- On w Pani rękach, - odparłem, kiwając na żółtą pocztówkę.
- Czyli Pan nie jest Waldemarem Fuksem? - obwiniającym tonem burknęła Karolina, - to kim Pan jest?
- Jestem gotów być Waldemarem Fuksem, jeżeli sprawa tego wymaga, - pokornie odpowiedziałem ja.
- Sprawa wymaga prawdy, - bezapelacyjnie ucięła mnie Karolina.
- Moje imię, czyli, i ja sam - w Pani rękach.
Karolina znów wpatrzyła się w pocztówkę i musiała przyznać mi rację. Ona przeleciała po klawiszach z postawą profesjonalnej pianistki, nachmurzyła się, coś poprawiła i, nareszcie, z zadowoleniem zwróciła się do Kory:
- A Pani, wychodzi na to, jest Panem Stefanem Tiefenbrunnerem?
- W pewnym sensie, - odpowiedziała Kora.
- Pan Stefan Tiefenbrunner postanowił nie wystawiać swój los na próbę, - wyjaśniłem, już mi się znudziło zabawiać Karolinę i to w jej godzinach pracy, - poproszę wpisać tą Panią na zwolnione miejsce.
- Tego typu decyzje są w kompetencji szefa, proszę przyjść później - radośnie oświadczyła Karolina, znalazłszy, w końcu, powód pozbyć się nas.
- Ach, nie - Kora zrobiła wspaniały grymas, - oto komputer, ma Pani więcej władzy, niż by Pani chciała.
- Dowód osobisty, proszę, - ciągnęła Karolina rozczarowanie, - ale proszę pamiętać, że kompana można zmienić tylko raz.
- Ja wiem, wiem, - zapewniłem.
Kora podała dowód, Karolina zaczęła się podejrzliwie mu przyglądać i z niechęcią zwróciła go właścicielce po załączeniu do niego pliku niewyraźnie wydrukowanych ankiet.
- Proszę to wypełnić, - kiwnęła ona na mały stolik w kącie pokoju, - czy w Pana danych osobistych coś się zmieniło istotnie? - surowo zapytała Karolina, - stan cywilny, adres, rodzaj zajęć?
- Bardzo mi wstyd, ale nie.
Usiedliśmy na wysłużonych krzesłach, stojących po obu stronach równie starego stolika. Kora zawaliła drukami całą powierzchnię jego blatu, wyjęła z torebki błyszczącego "Parkera" i z pobłażliwą miną wzięła się do pracy. Coś niepokojąco brzęknęło pod stołem u Karoliny. "Tak", - z niezadowoleniem odpowiedziała Karolina do wyciągniętej niewiadomo skąd słuchawki telefonu. Ktoś dzwoni w domofon, domyśliłem się.
- Przepraszam, czy to "Droga Przeznaczenia"? - szeptał ze słuchawki bezpłciowy młody głos.
- Za dużo powiedziane, - uśmiechnęła się Karolina, - tu jest tylko biuro.
- Czy można się zapisać? - głos na dole brzmiał zupełnie zagubienie.
- Nie jestem pewna, - Karolina unikała dawania nadziei potencjalnemu klientowi, - trzecie piętro, proszę wejść, zobaczymy.
- Czy często do Państwa zgłaszają się chętni? - zapytałem Karolinę.
- Zgłaszają się, - wyczerpująco odpowiedziała ona.
Ktoś zapukał nieśmiało do drzwi wejściowych. Przyszły klient, widocznie, postanowił nie korzystać z windy i przybył na górę dość szybko. Dolly podniosła się z miejsca i, merdając ogonem, pobiegła w stronę gościa. Karolina leniwie poczłapała za nią.
- Dzień dobry, - zabrzmiało w przedpokoju, - proszę przejść do poczekalni, ja niedługo skończę.
- Na szczęście, z nami niedługo skończą, - szepnąłem Korze.
Karolina poprowadziła niewidzialnego przyszłego klienta do nieznanego byłego pokoju, o którym nie udało się nam dowiedzieć, czy to ciasna komórka, czy chłodny pokój dziecinny. Rozczarowana tym, że nie została pogłaskana, Dolly wróciła się do nas i, korzystając z nieobecności właścicielki, utknęła się nosem w kolano Kory. Kora oderwała się od swojego zajęcia i pogłaskała czarną głowę. Doniosły się ostre ciężkie kroki, Dolly pobiegła szybko się do swojego kąta.
Kora zwróciła Karolinie górę ankiet, zadziwiająco szybko rozprawiając się z nimi. Karolina zaczęła studiować papiery z miną nauczycielki, pragnącej znaleźć błąd ucznia. Bez powodzenia, niestety. Karolina kwaknęła niezadowolona i włożyła dokumenty do teczki.
- Może Pani podkarmi tym komputer? - podpowiedziała Kora.
- Później, - zaprotestowała Karolina, - to wymaga czasu, a ja mam klienta w holu dla oczekujących.
Skoro ona nazywa to holem, nie inaczej - musiała to być jakaś klitka, gdzie stosami zwalają niepotrzebnych klientów, byłem tego pewien. A Kora twierdziła:
- Bardzo proszę zająć się tym teraz, a klientowi można dać druki do wypełnienia.
Karolina, o dziwo, posłuchała się i poszła z papierami do komórki, i znów Dolly się zerwała, najpierw radośnie - do nas, potem, niespokojnie - z powrotem do kąta.
- Potrzebne są jeszcze zaświadczenia od psychiatry, - z zadowoleniem oznajmiła Karolina, skończywszy stukać po klawiszach, - tak, i Pana to też dotyczy, - odpowiedziała na moje niedowierzająco oburzone spojrzenie, przecież ja już przynosiłem takie oświadczenie pięć lat temu, - proszę wysłać je pocztą, tu jest lista lekarzy, do których mamy zaufanie.
Posmutniałem, kiedy przypomniałem, w jaki sposób ostatnio dostałem zaświadczenie, korzystając z pomocy Lizy i Barbary, ponieważ za bardzo nie chciało mi się chodzić po psychiatrach.
- Już mamy, - odmeldowała Kora i ze spokojem wyjęła z torebki dwa zaświadczenia, jedno na swoje, drugie - na moje nazwisko, z dzisiejszą datą.
Bystrzy jesteście - zachwyciłaby się Karolina, jeżeli by potrafiła się zachwycać.
- Drobiazg, - skromnie odpowiedziała Kora, - przecież my z Panią, droga Karolino, jesteśmy kobietami sukcesu, czyż nie?
- Tak, - ważnie zgodziła się Karolina, - i jeszcze coś. Pan musi wnieść opłatę za przerejestrowanie, - Karolina niedbale kiwnęła w moją stronę, - a Pani - ona odwróciła się do Kory, - za rejestrację. Po opłaceniu proszę przesłać mi dowody wpłaty i po tym zostanie wyznaczony termin rozmowy kwalifikacyjnej.
- Ile? - prześpiewaliśmy w duecie.
- Muszę zerknąć, - ważnie odpowiedziała Karolina.
Niezłe zwyczaje, - pomyślałem, - oni mnie wezwali, i też oni chcą za to pieniędzy, zresztą tak, jak wszędzie.
Karolina, wpatrując się w ekran, nazwała dwie sumy: dość znaczną dla mnie i bardzo dużą - dla Kory. Ach, tak, inflacja, - wywnioskowałem, dlatego ja kiedyś płaciłem mniej.
- Czy można zapłacić gotówką? - zimnym głosem zapytała Kora.
- Raczej nie jest to u nas przyjęte, - flegmatycznie wymówiła Karolina.
- Ale ja, jednak, wolałabym, - twierdziła Kora.
- Dobrze, - zgodziła się Karolina, zniechęcona perspektywą przeliczania sporych sum pieniędzy.
Kora wyjęła z portmonetki kilka banknotów o bardzo wysokim nominale. Śladami Kory i ja pogrzebałem w portfelu i nie bez trudu uskrobałem niezbędną dla mnie sumę i też wyłożyłem ją na stół. Karolina z niezadowoloną miną przyjęła pieniądze i wydała dwa kwitki: ja dostałem pokwitowanie z nazwiskiem Kory i na odwrót. Woleliśmy się wymienić.
- Czy nie jest potrzebna także gwarancja opłaty pogrzebu? - Kora była nieubłagana.
- Tak, potrzebna, - z rozczarowaniem burknęła Karolina i przyjęła od Kory wyciągnięte w jej stronę dokumenty.
- Bardzo proszę zaznaczyć w komputerze, że my wpłaciliśmy pieniądze i oddaliśmy wszystkie zaświadczenia, - powiedziała Kora wymagającym tonem.
Karolina uległa.
- Wyznaczy nam Pani termin rozmowy kwalifikacyjnej? - Kora postanowiła doprowadzić sprawę do końca.
Karolina rzuciła na nią krótkie spojrzenie, ale bez sprzeciwu, po chwili wpatrywania się w ekran, podała datę.
- Dokładnie za tydzień, tutaj, o osiemnastej, czy Państwu odpowiada?
- Jak najbardziej, - odpowiedzieliśmy. Cuda nadchodzą, nam wyznaczono wizytę w godzinach wieczornych.
Cienkogłosy androgyn odezwał się z komórki, że ma już wszystko gotowe. Dolly poszła do drzwi odprowadzić nas, i Karolina nie sprzeciwiła się temu. Za drzwiami my znaleźliśmy walający się na ziemi skrawek papieru ze znanym już nam skrótem. Ponieważ leżał on niedożutą gumą do góry.
- Sprytnie ty ją, - powiedziałem Korze, kiedy biegnąc w dół po wyszczerbionym marmurze, wychodziliśmy z domu, na szczęście nie wpadając na przynależące do niego staruszki. Niektóre szczegóły mojego życia nauczyły mnie, że nie należy rozmawiać na klatkach schodowych.
- Nie warto dyskutować, - prawie ze wstrętem odpowiedziała Kora, - Co za sekretarkę oni mieli w wieżowcu?
- Starzejąca się femme fatale, brunetka. Bardzo fatalna, ale, niestety, też bardzo starzejąca się. Ręce - w niewiarygodnej szerokości srebrnych bransoletach, którymi ona czepiała się o wszystko: o szuflady, dokumenty, ręce klientów (mnie nawet boleśnie zadrapała), własne spódnice...
- Oto i równowaga, zobacz sam. Pies na pewno nie jej.
- Też mnie się tak wydawało. Pies - na służbie. W wieżowcu psa nie było. Ale dlaczego, powiedz proszę, oni przyjmują na sekretarki nasze rodaczki, a nie rodowite mieszkanki wyspy? Przychodzi taka Karolina do domu i zaczyna sprzeczać się z koleżanką, która służy jako sekretarka u psychoanalityka bądź seksuologa, co jest już dawno jednym i tym samym, klientela którego z nich jest bardziej ciapnięta.
- O tak, na szczęście, im nie przyszło do głowy trzymać tu alternatywne konsulaty, inaczej tę przedsięwzięcie kosztowało by nas o wiele drożej. A Karolina, pewnie, była kiedyś sekretarką u psychoanalityka, ona potrafi niczemu się nie dziwić i ma w miarę cięty język. Ale przedstawiciel? Jakich oni mają przedstawicieli?
- Przedstawiciel - to jest zagadka, - mnie kosztowało niewiarygodnego wysiłku wyciągnięcie z głębi pamięci obrazu, uciekającego jak kulka rtęci, ale chorobliwie nie chcącego znikać, i utrzymywać go, oddychając trującymi oparami, - człowiek-halucynacja, cienki, jak by przezroczysty. Ja w ogóle nie pamiętam jego twarzy, a przecież widziałem go, zdaje się, trzy razy.
Tags: литература, мой текст, семейное
Subscribe

  • Cahors / Кагор

    Кагор – город, известный двумя главными достопримечательностями: кафедралом и мостом. Ожидаешь увидеть их рядом, в старой части города, но…

  • Saint-Cirq-Lapopie / Сан-Сирк-Ляпопи

    «Невозможная роза в ночи», - назвал Сан-Сирк заведший себе там дачку Андре Бретон. В ночи мы там не были, были днем, и, откровенно…

  • Фижак – Figeac

    Фижак – симпатичный город тысяч на десять населения. От него, как и от всего виденного за эту поездку, исходит дух истинности,…

  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your reply will be screened

    Your IP address will be recorded 

  • 1 comment