Æ (alta_voce) wrote,
Æ
alta_voce

:-)

Część I.
Doktor Faust, rzekomo, nie powinien był
więcej wypytywać Ducha o kwestję niebiе skie i boskie..
Z Księgi Ludowej o doktorze Fauscie, 21
I. Poeta i jego ukochana.
Wąska uliczka świeciła pustkami. Czy ja chcę by mnie nie zauważono? - zastanawiałem się, zwalniając mimowoli. Ale, żeby kto mnie nie zauważał, śmiertelnicy czy ktoś inny? I kogo nie zauważał? Mnie, jakiego mnie? Mnie idącego, mnie, który odszedł, mnie, nie chcącego wracać? Przyspieszyłem, niezadowolony z tego, iż ugrzązłem w pustopróżnim solipsyźmie, zamiast tego, żeby pomyśleć, że trzeba by przyspieszyć. Spieszyć się miałem tylko tyle że do własnego domu i tylko dlatego, iż Kora, jej królewska mość, była uprzejma umówić się ze mną na spotkanie.
Było jeszcze widno. Zachodzące słońce wesoło patronowało świeżej nieco jaskrawej, pod antyk, dachówce, dodając odcieni ze wzniosłej palety do barw rzemieślniczych, sztucznie niezmiennych. Ja przechodziłem obok pięknej starej willi, zajętej, niestety, instytucja publiczną. (Ja nie przepadam za architekturą współczesną, a jeszcze mniej za publicznymi instytucjami, ale jeżeli owa instytucja okupuje piękny stary dom, ja odbieram to jako zamach na moje dobro osobiste). Żeliwne ogrodzenie willi służyło podparciem dla kwitnących krzewów róży, część których była nieco wyższa, a część – niższa ode mnie. Zatrzymałem się powąchać róże. Godziny przyjęcia interesantów we wspomnianej instytucji dobiegły już końca, urzędnicy rozeszli się po domach, i raczej nikt nie powinien odpędzać podejrzanego włóczęgę? (każdy nie urzędnik – włóczęga, a każdy włóczęga jest podejrzany) od państwowych? aromatów.
Po tym jak zanurzyłem nosa w róży i zamknąłem oczy, usłyszałem nad głową potężny grzmot i poczułem, jak na mnie, na róże, na dachówkę i na ulicę spadły ciężkie krople deszczu. Ja pozwoliłem sobie zamknąć oczy na całe dwie minuty, i przez ten, dążący do bezkresnej nieskończoności czas, niebo zaciągnęła czarna chmura. Burza, bez wątpienia, burza. Deszcz potrafi przeczyć ludziom i nawet słońcu, zauważyłem radośnie. Moknąca stopniowo dachówka powoli nabywała równego ciemnego odcienia, lecz jeżeli burza nie będzie trwała długo i słońce zdąży dziś jeszcze raz wyjrzeć zza chmur, to dachówka wybuchnie jasnym i mokrym przedzachodnim blaskiem (zachwytem ?).
Padało coraz mocniej. Trzeba iść, westchnąłem ja i ostatni raz dotknąłem różanego krzewu. Nagły i bardzo silny poryw wiatru odrzucił mnie s powrotem na kratę ogrodzenia i zmusił do tego, żebym się mocno niego chwycił. Ciężka purpurowa róża, zerwana przez wiatr i deszcz, spadła do moich stóp. Ja podniosłem ją, przyjżałem się jej, i poddając się taniemu (?) porywowi , zacząłem porównywać blask kropel wody na płatkach róży z blaskiem (?) solitera (sygnetu?) na moim małym palcu. Deszcz, nie czekając długo, przeistoczył się w prawdziwą ulewę i, skazana na śmerć, już prawie nie mająca gałązki róża błagała o litość: w mojej mocy było darować jej jeszcze dwa dni przekwitającego życia.
Ja przebiegłem pzez uliczkę, która w mgnieniu oka przeistoczyła się w rwącą rzekę, i, wskoczyłem na ganek stojącego naprzeciwko domu, po czym schowałem się pod daszkiem klatki schodowej. Otrząchnąwszy (?) się dla porządku, ja sprawdziłem, czy róża jest cała i zacząłem się zastanawiać, czy nie schować jej do kieszeni. Jeżeli ja pójdę dalej – a raczej popłynę, iść już się nie da – w ulewie, która bez wątpienia zniszczy różę, a w kieszeni ona może się pognieść i też zginąć przed wymierzonymi jej dwoma dniami.
Сoś się poruszyło za moimi plecami. Ja odsunąłem się i odwróciłem. Drzwi (ja nie zauważyłem, że oparłem się o drzwi) szeroko się otworzyły, doniósł się zapach starego drewna i kwaśnego wina, i z ciemnego wnętrza zabrzmiało:
-Zapraszam, zapraszam, dlaczego Pan nie wchodzi?
Głos był smutny, chrypliwy i też z domieszką starego drewna. Ja zrobiłem krok wewnątrz, nie zastanawiając się zbytnio nad tym, co robię. Poomacku ja wykryłem schody, wiodące w dół, i, kierowany przez nieznajomy głos: „Tak,tak, tutaj, wchodzi Pan..”, - stąpiłem na nie.
Zapaliło się słabe światło, i zapachy natychmiast nabrały kształtów i kolorów. Zapach starego drewna unosił się, dzięki mnóstwu ciemnych wielopiętrowych regałów, a zapach wina – nie, oczywiście, nie od niezliczonej ilości dokładnie zakorkowanych naczyń, dobrze znanego wszystkim kształtu, spoczywających na tych regałach – to był duch buntarstwa, który się wyrwał jeszcze w zapomnianych wieki temu czasach z innych, mniej udanych naczyń, zbitych, umówmy się, dzięki czyjejś omyłce (niezgrabności?). Proszę, ja nie jeden raz przechodiłem tą uliczką i nigdy nie zauważyłem (winiarni?). Ale kto zaprosił mnie tutaj?
Ja nie od razu zauważyłem, opartego o kant regała wysokiego, troche przygarbionego człowieka , wyglądającego jak zbiedniały przestarzały grand. On spoglądał na mnie z pod przymrużonego oka i ledwie zauważalnie, ze zrozumieniem kiwał głową.
Tego typu handlarze czy raczej gospodarze lubią, kiedy klient bez pośpiechu prowadzi z nimi rozmowę, pomyślałem ja, ale o czym ja miałem z nim rozmawiać? Czy ja chcę żeby mnie nie zauważono? Nie, to jest już nieaktualne, po tym rozpętała się burza, róża i ta winiarnia, tym bardziej, że ja już i tak chyba zostałem zauważony.
-Urządziłem tu Panu prawdziwą powódź, - rzekłem w końcu, wskazując kałużę, która spłynęła (nakapała, naciekła?) ze mnie, skinięciem głowy, - zerwała ją ulewa, - dodałem, ponieważ gospodarz (teraz byłem już pewny, że Pan, który dał mi schronienie, był właścicielem winiarni) z zaciekawieniem zatrzymal wzrok na róży.
-Nie szkodzi, ja zalewam świat znacznie mniej czystą cieczą, - padła odpowiedź.
-A więc dlaczego Pan sprzedaje wino? – ja nie jestem przyzwyczajony do ceregieli z handlarzami (сословие – stan?)
- Ja wziąłem na siebie grzechy tego świata, - rozłożył ręce rozmówca, - handlować chlebem – o wiele bardziej przestępcze zajęcie, a najuczciwiej by było handlować brylantami.
-Czy Pan widział mnie przez okno, kiedy ja oglądałem brylant? – zapytałem otwarcie, - i pozwoli Pan, że się zapytam, czy nie da się przeżyć, w ogóle nie handlując?
- Niestety, w naszych( krajach?) przeżyć, nie handlując się nie da. Przez okno ja patrzę rzadko, a jeżeli bym nawet i patrzył… brylanty nie istnieją na odległość. Odległość dla brylanta – to samo, co czas dla kropli wody, - jedno wysusza drugie.
-Widzę, że z Pana filozof?
-Ah, nie, nie, ja nie czytałem niczego poza etykietami na butelkach. Mój ojciec sprzedawał wino, mój dziadek sprzedawał wino. Mój wuj był poetą, ale ts-s-s, to jest wstydliwa rodzinna tajemnica, on umierał w białej gorączce.
-Ja jestem poetą, - westchnąłem, - jak Pan uważa, czy ja też umrę w białej gorączce?
-A czy Pan pochodzi z rodziny, jakkolwiek związanej z winem?
-Nie bardzo, - wzruszyłem ramionami.
-W takim przypadku – nie. Rodzina – to jest okrąg, jak byś go nie rozrywał, - i tak się zamknie.
-Rozumiem, więc dlatego Pan nie rozrywa okręgu, by nie umrzeć w białej gorączce.
-Tak, mniej więcej. Ale mnie się żyje już nieco swobodniej, niż przodkom, - wszak mój wujek był poetą i poszerzył krąg.
-Wie Pan, - ja prawie nie mam przy sobie pieniędzy, a brylant na odległośc – rozumie Pan… Ale jednak, - ja wysypałem całą zawartość portfela, - pozwoli mi Pan wziąć na siebie część Pańskich grzechów, albo, przeciwnie, dac Panu zgrzeszyć w najlepszy sposób, ja niezbyt dobrze znam się na handlu i grzechach, no a na handlowych grzechach to już w ogóle beznadziejnie.
Sprzedawca uśmiechnął się, zgarnął pieniądze, nie licząc, pewnym krokiem poczłapał do najdalszego regała i po chwili wyniósł mi zakurzoną butelkę.
-To jest stare wino, - powiediał, - ja czekałem na poetę.
-Nie chodzą do Pana poeci?
Sprzedawca smutno się uśmiechnął. Ja zacząłem się żegnać.
-Ale na zewnątrz jeszcze pada, czy nie lepiej przeczekać tutaj?
-Muszę już iść, - odparłem, - jestem umówiony. Wie Pan, i to z damą.
-Poeta musi mieć ukochaną, - flegmatycznie zakiwał głową rozmówca, - sprzedawca wina ukochanej mieć nie może. A mój wuj, proszę sobie wyobrazić, umarł nie przez to, że był poetą i nie przez to, że rzucił handel winem, ale przez to, że stracił ukochaną. Ukochana zostawiła go, kiedy on przestał sprzedawać wino, i wyszła zamąż za jego młodszego brata, tego, który odziedziczył interes. Jeżeli jest Pan pewien, że musi iść, pozwoli Pan, że zaproponuję skorzystanie z tylnego wyjścia, które prowadzi nie na tę ulicę, z której Pan wszedł, tylko na równoległą, wyższą, i nie będzie Pan musiał iśc po kolana w wodzie, a od góry proponuje się przykryć workiem foliowym, - i smutny syn ukochanej-uciekinierki wręczył mi naprawdę sporych? wymiarów worek i poprowadzil mnie przez jakieś liczne korytarze.
-Czy Pan zajrzy jeszcze kiedyś?
-Nie wiem, - odparłem nachalnie otwarcie, - wizita poety jest zaliczona, każdy, kto przyjdzie po – poetą nie będzie, - ja sam nie rozumiałem dlaczego mi się nie chcę tu wracać.
Podobny do zakonnika i kupy śmieci jednoczesnie, ja dotarłem wreszcie, do klatki schodowej i się rozejżałem. A ni Kory, ani jej samochodu nie było. Nie zważając na wszystkie zabawne przeszkody: burzę, różę, wino, wreszcie, mój własny brylant, który też w niewłaściwej chwili odwrócił moją uwagę, ja spóźniłem się tylko pięć minut i raczej wątpiłem w to, że Kora odeszła, ponieważ się nie doczekała.
Ona nie poniży mnie spóźnieniem, pomyślałem z ulgą, otwierając drzwi i otrząchając się, podobnie obrażonemu psu. Ja zdjąłem z siebie mokre ubranie, włożyłem suche, wytarłem ostroznie butelkę, a różę wstawiłem do niskiej szklanki z wodą. Jak wiele tandetnych symboli na raz: róża, brzydka pogoda, sprzedawca z pretensją na oryginalność, stare wino, i to wszystko jakoś tak bez mojego udziału, westchnąłem. Od chwili mojego powrotu do domu minęło już dziesięć minut, i ja już pomyślałem, że jeszcze za minutę, zacznę się chyba niepokoić, ale dzwonek zadzwonił wcześniej, niż za minutę.
Dogmat o przyrodzie poetów – oto jest najbardziej uniosły z dogmatów, i to też jest przyczyną mojej niechęci do handlarzy: ja nigdy nie potrafiłbym wyznać jemu, że tak naprawdę, nie mam żadnej ukochanej, ale mimo to w dalszym ciągu jestem daleko od białej gorączki.
Chociaż w cale mnie nie interesuje, dlaczego odczuwam antypatię do tego sprzedawcy. Antypatia – i już, tak jak do każdego innego handlarza. Niech się objawi przede mną nawet anioł z nieba w postaci handlarza, pogonię bez zastanawiania się, - rozważając w ten sposób, otworzyłem drzwi.
Subscribe

  • (no subject)

    Прародительница Е. (латынь) плодит только девочек. Разлетаются, косы струятся по ветру. Женихи из соседних (отчасти) племен Неприветливы,…

  • (no subject)

    Глядишь на страницу (эллинские буквы свободны от диакритики) С почтительной надеждой, ожидая (воз)рождения мира новой/старой гармонии, Не без…

  • (no subject)

    Was spielst du, Knabe? Durch die Garten gings wie viele Schritte, flüsternde Befehle. Rilke Еще. Рассуждая о Рильке, любой музыкант утверждает,…

  • Post a new comment

    Error

    Anonymous comments are disabled in this journal

    default userpic

    Your reply will be screened

    Your IP address will be recorded 

  • 2 comments